13.03.2008, 14:53
Tenis, który kwitnie - Newsletter Nr 11/2008
W parkach i ogrodach kwitną krokusy i forsycje, ptaki hałasują o świcie, nadlatują pierwsze bociany… Przyroda nieomylnie zwiastuje nadejście wiosny. To także znak, że pora kończyć sezon pod dachem. Czas na decydujące rozstrzygnięcia – czyli Halowe Mistrzostwa Polski atp.
Od sześciu lat ten turniej gości na obiektach Chorzowskiego Towarzystwa Tenisowego, ale w tym roku po raz pierwszy rozegrano go pod auspicjami nowo utworzonej spółki atp, co według dyrektora mistrzostw, Pawła Łukasika, wymusiło lepszą jakość, większy rozmach i wyższe nagrody. 15 tysięcy złotych wypłacono półfinalistom, a połowę tej kwoty rozdano w nagrodach rzeczowych rozlosowanych wśród wszystkich uczestników. Jak jednak zapewniał Zygmunt Ćwiąkała, zawodnik i zarazem organizator ubiegłorocznych letnich mistrzostw w Bytomiu, na korcie nie ma miejsca na myślenie o pieniądzach.
Grano w 14 kategoriach singlowych i 8 deblowych, a na piersiach półfinalistów zawisło ponad sto medali. Najliczniejsza była kategoria +45 lat mężczyzn, w której wystartowało 26 zawodników. Jak zwykle najmniej chętnych zgłosiło się w najstarszych kategoriach i nawet po utworzeniu jednej wspólnej grupy +75 znalazło się jedynie czterech zawodników, wśród nich Eugeniusz Czerepaniak. Najstarszy polski tenisista (rocznik 1921) pokonał jednego „juniora” i zajął zasłużone trzecie miejsce. – Oni są żywą reklamą, że w tenisa można grać w każdym wieku – z podziwem mówił o seniorach dyrektor Łukasik.
W Chorzowie po raz pierwszy dopuszczono do rywalizacji zawodników poniżej 35. lat. Najmłodszym był niespełna 18-letni Maciej Szczygłowski. Odpadł jednak w pierwszej rundzie. Za to w rywalizacji kobiet nie miała sobie równych katowiczanka Anna Kończak, w finale zwyciężając Hannę Listek 6:1, 6:2. Nie mogło być inaczej, skoro czuwał nad nią występujący w kat. +60 trener i ojciec w jednej osobie. Nie wszyscy faworyci mieli jednak łatwe życie. Już w pierwszych rundach doszło do bardzo ciekawych i wyrównanych pojedynków, a to za sprawą braku licencji u kilku zawodników. Nie wykupili, a potem mogli narzekać na pecha. W kategorii +55 w jednej ćwiartce znalazło się aż czterech asów – rozstawiony z dwójką Wacław Daszkiewicz, mistrz na ziemi Władysław Króliczak, Zdzisław Macias oraz rozstawiony z siódemką Andrzej Iszczukiewicz. Do półfinału dotarł Króliczak, choć w finale i tak bezkonkurencyjny był Sławomir Drąg, turniejowa jedynka. Uroczo wyglądał w kategorii +60 finałowy pojedynek najprawdziwszego amatora z najprawdziwszym trenerem. Stanisław Kończak z miną srogiego nauczyciela gonił po korcie Edwarda Jaworskiego, który co chwilę wykrzykiwał „Brawo!” i zamiast się złościć, ambitnie biegał za piłką. – Może gdyby nie kontuzja, ugrałbym więcej. Kilka wymian było bardzo dobrych i często piłki lądowały o centymetry za linią, ale brak dokładności wynikał z bolącego przedramienia – mówił Jaworski. W przerwie między setami córka Kończaka, Anna, wspierała rywala taty maścią rozgrzewającą, ale niewiele pomogło.
Po meczu uczeń komplementował nauczyciela, szczerze gratulując wygranej. – Nigdy nie miałem żadnego trenera, nikt nawet nie pokazał mi, jak trzymać rakietę, dlatego doceniam takie spotkania – opowiadał, ale nie omieszkał żartobliwie „odgryźć się” za porażkę. Poklepując rywala po dobrze zarysowanym brzuszku, oznajmił, że gra świetnie, ale kilka kilogramów przydałoby mu się zrzucić, żeby po wymianach nie łapała go zadyszka. Dał za przykład siebie. Biega codziennie trzy kilometry – rano półtora do garażu po samochód, a wieczorem z powrotem do domu. To wystarcza, by zachować kondycję i wzorową sylwetkę. – Sąsiedzi się śmieją, że ludzie mają auta do jeżdżenia, a ja do biegania, ale nie mam zamiaru szukać garażu pod domem – mówi.
Zemsta jest słodka – mógł powiedzieć po półfinale kat. +65 Zygmunt Ćwiąkała. W końcu udał mu się rewanż na Andrzeju Karczewskim, który dwukrotnie wyrzucał go z ostatnich turniejów – „Czarnych Diamentów” w Bytomiu i międzynarodowych mistrzostw Katowic. Pilnujący porządku w balonie nr 2 sędzia Wiesław Sobczak z przymrużeniem oka określił to półfinałowe spotkanie jako mecz podwyższonego ryzyka. Panowie walczą ze sobą zawzięcie, aż niekiedy sypią się iskry. Tym razem wszystko toczyło się w spokojnej atmosferze, a zwyciężył tenis. Ćwiąkała, który od 1995 roku zaledwie raz był poza finałem (wygrywał 7-krotnie, tyleż samo razy w deblu), obawiał się jednak potyczki o złoto z Józefem Hardejem. – Wprawdzie nie grał kilka lat, ale wcześniej rozstawiał nas wszystkich po kątach. Tu nie gra tak przekonywająco, ale… – martwił się obrońca tytułu sprzed roku. Słusznie, bo i tym razem Hardej pokonał wszystkich rywali. W turnieju kobiet jak zwykle nie zabrakło emocji w meczu z udziałem Jadwigi Gołdy z Żywca. Sędzia poproszony do „gościnnego” występu w finale miał dużo pracy i wyraźnie odczuł, że sędziowanie amatorom rządzi się swoimi prawami. Najpierw usłyszał, żeby nie wywoływać błędu stóp przy serwisie, jeśli któraś nadepnie na linię albo nawet nieznacznie wejdzie w kort. Kiedy jednak w drugim secie zwrócił uwagę, że Gołda wskoczyła 15 centymetrów w głąb kortu, został zakrzyczany, że się czepia, bo przecież przeciwniczka też wchodzi na linię, itd. Summa summarum stanęło na własnych regułach i sędzia zobowiązał się do czasowej ślepoty, a pani Jadwiga spokojnie przypieczętowała zwycięstwo. Część finałów odbyła się we wtorek, część w środę. Niektórzy tenisiści za wszelką cenę chcieli w ciągu jednego dnia rozegrać wszystko, co się da, czyli single, deble i miksty, nie licząc się ze zdrowiem przeciwników. Sędzia naczelny Krzysztof Mandrak opanował jednak co bardziej ambitnych i doprowadził zawody do końca bez większych zgrzytów. Następne starcia zawodniczo-sędziowskie już wkrótce na ziemi.
Wyniki Halowych Mistrzostw Polski "atp"
Galeria zdjęć

|
|